autor: Paweł Kierski
W niedawno udzielonym wywiadzie, pełnomocnik ministra sprawiedliwości ds. ochrony praw konsumenta potwierdziła zasadnicze powody (ujawnione już w uzasadnieniu projektu), dla których miałaby zostać uchwalona tzw. ustawa frankowa (ustawa o szczególnych rozwiązaniach w zakresie rozpoznawania spraw dotyczących zawartych z konsumentami umów kredytu denominowanego lub indeksowanego do franka szwajcarskiego). Jak z naciskiem i bez ogródek oświadcza pełnomocnik już na samym wstępie rozmowy: „to nie jest ustawa ani dla frankowiczów, ani dla banków… To jest ustawa dla społeczeństwa”.
Jakkolwiek by zaskakująco nie brzmiały te wyraźnie akcentowane słowa w ustach urzędnika odpowiedzialnego za ochronę praw konsumentów (ostatecznie frankowicze, jako konsumenci, to też jakaś część społeczeństwa), należy zadać sobie pytanie, czy faktycznie społeczeństwo na tym zyska, i to choćby tylko w tym zasadniczym aspekcie, który leży jakoby u podstaw rozważanej inicjatywy ustawodawczej (a więc przyspieszenie tempa rozpoznawania spraw frankowych oraz rozładowanie zatorów orzeczniczych, dotykających wszystkich spraw kierowanych do cywilnych wydziałów sądów powszechnych). Rzecz bowiem w tym, że projektowana ustawa, jeśli miałaby się utrzymać w kształcie opublikowanym w styczniu bieżącego roku, ma bardzo małe szanse stać się „ustawą dla społeczeństwa”, zwłaszcza z punktu widzenia celu zakładanego przez jej twórców i orędowników, zaś całkiem duże, by zostać, niby przypadkiem, ustawą skrojoną pod potrzeby sektora bankowego. A w każdym razie – można śmiało przyjąć, że istotna część „pomysłów” lansowanych w projekcie (pomijając ich mocno wątpliwy walor stricte jurydyczny) okaże się – w kontekście zakładanego celu tego epizodycznego prawa – co najmniej doskonale przeciwskuteczna.
O jednym z takich rozwiązań, które miast przyczynić się do skrócenia i przyspieszenia procesu z powództwa kredytobiorcy, spowoduje jego wydłużenie co najmniej do pewnych dwóch instancji, pisaliśmy poprzednio w artykule poświęconym zupełnie nowej, by nie rzec – nowatorskiej, instytucji wniosku o rozliczenie roszczenia wzajemnego banku na wypadek, gdyby umowa okazała się nieważna (rozwiązanie to doprowadzi bowiem do tego, że bank „do upadłego” będzie bronił, wbrew wszelkim trendom orzeczniczym, poglądu o ważności umowy, zamiast – jak to się dzieje już od pewnego czasu w sprawach frankowych – kończyć przegrany spór już po wyroku pierwszoinstancyjnym poprzez zaniechanie wnoszenia apelacji i rozliczanie własnego roszczenia kondykcyjnego w drodze pozasądowego potrącenia). Trudno zresztą temu uporowi się dziwić, skoro jego warunkowe roszczenie wzajemne ma być in fine traktowane jako od samego początku stanowcze, i podlegające – chyba też od samego początku jego zgłoszenia – oprocentowaniu w wysokości „odsetek za opóźnienie”, a więc wyższemu nawet niż oprocentowanie najdroższego ważnego kredytu hipotecznego (por. art. 7 projektu ustawy, który nakazuje jeszcze by to oprocentowanie sąd uwzględniał z urzędu). Tym samym projektodawca wprowadza tutaj tylnymi drzwiami to, co zostało już frontalnie i stanowczo odrzucone w judykaturze krajowej i wspólnotowej, tj. oczekiwane przez banki tzw. wynagrodzenie za korzystanie z kapitału, które miałoby im być należne od kredytobiorców w razie nieważności umowy kredytu. Podobnych rozwiązań, które są wyraźnie probankowe jest w projekcie ustawy więcej (jak zwłaszcza możliwość zgłaszania zarzutu potrącenia przez bank aż do zamknięcia rozprawy przed sądem drugiej instancji).
W tym świetle trudno zgodzić się z panią pełnomocnik ministra ds. ochrony praw konsumentów, jakoby był poprzez projektowaną ustawę realizowany (zachowany) standard wspólnotowy, polegający na zapewnieniu takich krajowych środków ochrony prawnej praw konsumentów, „które będą skuteczne, proporcjonalne i odstraszające”. Co najmniej osłabia bowiem skutek odstraszający sytuacja normatywna, w której profesjonalny naruszyciel prawa konsumenckiego, obstający przy tym w postępowaniu sądowym na tle tego naruszenia, że do żadnego naruszenia nie doszło, otrzymuje na końcu tej drogi, po prawomocnie przegranym przez siebie procesie, nie tylko nominalny zwrot własnego świadczenia spełnionego w wykonaniu nieważnej czynności prawnej, ale jeszcze naliczane od kwoty tego świadczenia „odsetki za opóźnienie” za cały czas trwania tego procesu; procesu, do którego to on przecież doprowadził (najpierw wskutek nierespektowania reguł prawa konsumenckiego, a następnie wskutek uchylania się od przyznania tego faktu i dobrowolnego spełnienia żądania konsumenta), i który to proces tenże bank jeszcze petryfikował, utrzymując co najmniej do końca postępowania przed sądem I instancji spór co do ważności umowy kredytu. Czy na tym ma polegać skuteczność ochrony praw konsumenckich, i w tym ma wyrażać się „odstraszający” charakter wprowadzanych regulacji prawnych?
Zresztą, to nie pierwszy raz w dziejach polskiego prawodawstwa, kiedy ustawa mająca – na poziomie deklaracji – służyć konsumentom (lub szerzej jeszcze, i wpisując się w poetykę udzielonego wywiadu – nieprofesjonalnej części społeczeństwa), w rzeczywistości nie tylko im nie służy i ich praw nie umacnia, ale wręcz wprowadza rozwiązania, które w znaczący sposób sytuację normatywną konsumenta pogarszają, z ewidentną za to korzyścią dla podmiotów gospodarczych. Już uchwalonym i obowiązującym przykładem takiego prawa jest chociażby nowelizacja Kodeksu cywilnego w zakresie instytucji przedawnienia roszczeń z kwietnia 2018 roku, którą z jednej strony wydatnie skrócono termin przedawnienia roszczeń przysługujących nieprofesjonalistom, w tym roszczeń konsumentów wobec przedsiębiorców (z dziesięciu do sześciu lat), a zarazem w istotny, choć nieco zawoalowany sposób wydłużono termin przedawnienia roszczeń przypadających podmiotom gospodarczym (poprzez wprowadzenie nowej reguły, że jeżeli termin przedawnienia jest nominalnie dłuższy niż dwa lata, wówczas kończy się dopiero z ostatnim dniem roku kalendarzowego – tym samym, trzyletni termin przedawnienia roszczeń związanych z prowadzeniem działalności gospodarczej został wydłużony, w skrajnych przypadkach, do niemal czterech lat).
Wracając do tematu: nie pozostaje nic innego jak liczyć na to, że do podobnego wylania dziecka z kąpielą nie dojdzie przy okazji wprowadzania tzw. ustawy frankowej (być może zdoła temu zapobiec należyta, i wciąż jeszcze nie spóźniona, refleksja projektodawców wywołana licznymi, jak informuje pani pełnomocnik, uwagami zgłoszonymi do projektu w ramach konsultacji publicznych). W każdym razie, sprawa na pewno jest trudna, wymagająca niestandardowych i śmiałych rozwiązań, dużej przenikliwości oraz olbrzymiego doświadczenia legislacyjnego, połączonego z doskonałą znajomością procesu cywilnego i odpornością na zabiegi rozmaitych lobby. Na pewno zaś jej kompetentnemu przeprowadzeniu nie przysłuży się sprowadzanie jej istoty, jak w wypowiedzi pełnomocnik ministra, do fałszywej alternatywy, czy wymiar sprawiedliwości będzie „traktowany jako najlepsza lokata na rynku, czy jako narzędzie do dochodzenia przynależnych obywatelom roszczeń”, ze wskazaniem, że tego pierwszego oczekują jakoby konsumenci uwikłani w długotrwałe spory na tle ważności zawartych przez nich umów z profesjonalistami. Takie postawienie sprawy jest nie tylko krzywdzące dla tej „części społeczeństwa”, ale zdaje się być po prostu przejawem arogancji władzy – władzy, która ponosi wyłączną odpowiedzialność za organizację wymiaru sprawiedliwości i jakość stanowionego prawa.