autor: Paweł Kierski
W styczniu bieżącego roku został upubliczniony projekt tzw. ustawy frankowej i od razu zaczęła się równie publiczna licytacja, komu rozwiązania tam przyjęte bardziej sprzyjają i czyje lobby okazało się skuteczniejsze w oddziaływaniu na ministerialne pomysły (banków i kancelarii zarabiających na bankach, czy konsumentów i kancelarii zarabiających na tych ostatnich). Chociaż obie strony mają konkretne powody, by wyrzucać pomysłodawcom „ciężką rękę” w sposobie ich potraktowania (na czele z dość bezceremonialnym wejściem w „aktywną” umowę, co do której nie nastąpiło jeszcze – ze strony niezawisłego sądu – ani stwierdzenie jej nieważności, ani zabezpieczenie roszczenia poprzez wstrzymanie jej wykonywania na czas procesu), to jednak więcej powodów do narzekań mają chyba kredytobiorcy.
Deklarowanym celem wprowadzenia ustawy ma być w zasadzie tylko to, by ograniczyć negatywny wpływ dotychczasowego i dalszego, dającego się prognozować w najbliższej przyszłości, zalewu sądów (zwłaszcza okręgowych i apelacyjnych) pozwami frankowymi, i poprzez „nadzwyczajne rozwiązania prawne” (jak ujmuje to uzasadnienie projektu) usprawnić i przyspieszyć procedurę merytorycznego rozstrzygania sporów frankowych, co ma przełożyć się także na szybsze rozpoznawanie wszelkich innych spraw, zalegających – razem z frankowymi – w tychże sądach. Wydaje się jednak, że ten nadrzędny cel zamierzonej ustawy przesłonił projektodawcom podstawowe zasady dochodzenia roszczeń – i to zarówno w ich ujęciu prawnomaterialnym, jak i procesowym – prowadząc do ich „epizodycznego” wynaturzenia.
Najjaskrawszym (choć, niestety, nie jedynym) tego przejawem jest chyba projektowana instytucja wniosku o zasądzenie (uwzględnienie w końcowym rozliczeniu) „roszczenia wzajemnego na wypadek, gdyby umowa okazała się nieważna”, do którego to „wniosku” projekt nakazuje stosować odpowiednio „przepisy o pozwie” (art. 7 projektu ustawy frankowej wg brzmienia z 30.01.2025r.). Chociaż pomysł ten ma na celu przyspieszenie pełnego, obustronnego rozliczenia stron nieważnej umowy kredytu w ramach jednego postępowania i w dążeniu do jego realizacji w swoisty sposób przełamuje teorię dwóch kondykcji (już w zasadzie jednolicie przyjmowaną w judykaturze Sądu Najwyższego i respektowaną w orzecznictwie sądów powszechnych), nawiązując do tzw. teorii salda, to przy okazji przemyca on jeszcze rozwiązania o stopniu kontrowersyjności trudnym już do zaakceptowania z punktu widzenia elementarnych zasad dochodzenia roszczeń. Po pierwsze, wprost zezwala on na dochodzenie – w drodze wniosku – roszczenia nie tylko być może jeszcze nieistniejącego, a z jeszcze większą dozą pewności roszczenia niewymagalnego, ale wręcz takiego, co do którego potencjalny wierzyciel (wnioskodawca) stanowczo obstaje przy tym (i to w tym samym procesie, w którym roszczenie to zgłasza, broniąc się przed powództwem kredytobiorcy), że roszczenie takie mu nie przysługuje (prosta konsekwencja negowania twierdzenia o nieważności spornej umowy kredytu). A po drugie – jakby powyższego było jeszcze mało – przewiduje ponadto obowiązek sądu, wedle którego „dokonując ustalenia i rozliczenia należności stron, sąd uwzględnia także należne stronom kwoty odsetek za opóźnienie na dzień orzekania” (art. 7 ust. 4 zd. 2 projektu). Tak jak zrozumiałe byłoby to w przypadku powoda, który najpierw wezwał do zwrotu nienależnego świadczenia (skutek twierdzonej przez siebie nieważności umowy), a po odmowie dobrowolnego jego spełnienia pozwał swego dłużnika o zasądzenie tego świadczenia przez sąd, tak całkowicie niezrozumiałe jest zasądzanie jakichkolwiek odsetek od drugiej strony, która – pozwana o zwrot nienależnego świadczenia – do samego końca procesu utrzymuje, że powodowi nie należy się nic, bo umowa jest jakoby ważna i skuteczna (a tylko korzystając z dobrodziejstwa ustawy frankowej, w tym samym czasie asekuracyjnie składa wniosek o rozliczenie roszczenia wzajemnego na wypadek, gdyby się jednak w swojej obronie myliła). Nie sposób w takim układzie stosunków dopatrzeć się jakichkolwiek podstaw do tego, by taką postawę pozwanego premiować jeszcze odsetkami od ewentualnego roszczenia wzajemnego, będącego konsekwencją nieważności umowy, i takiej extra-premii dla pozwanego nie uzasadnia absolutnie nic, także dążenie do uproszczenia i przyspieszenia rozpoznawania spraw frankowych.
Poprzestając na tych dwóch tylko elementach podających w wątpliwość merytoryczną zasadność proponowanego rozwiązania (można by ich zgłosić znacznie więcej, obok szeregu dalszych kwestii, których projekt ani słowem nie reguluje, a które będą zwykłą, procesową konsekwencją wprowadzenia instytucji wniosku z art. 7), trzeba jeszcze zauważyć, że rozwiązanie to – paradoksalnie i wbrew deklarowanym intencjom projektu – może nie tylko nie zmniejszyć liczby spraw frankowych i przyspieszyć ich prawomocne rozpoznanie, ale wręcz umocnić opór banków i uczynić go jeszcze bardziej zatwardziałym, bez oglądania się na trendy orzecznictwa krajowego i wspólnotowego. Mając bowiem do dyspozycji takie unormowanie, bank nie ryzykuje już w istotny sposób (także finansowo) kontynuowaniem procesu, jego skłonność do szybszego zakończenia sprawy – czy to jeszcze w postępowaniu przed sądem I instancji, czy nawet już po wyroku tego sądu – będzie odpowiednio stępiona (skoro tylko zdecyduje się wyłożyć środki na opłatę od apelacji, która będzie przy tym znacząco niższa, niż w przypadku oddzielnego prowadzenia procesu – taki bowiem będzie skutek z art. 14 ust. 1 projektu, przy odpowiednio jeszcze zmniejszonej wartości przedmiotu zaskarżenia), a skutki „odsetkowe” przegranego ostatecznie sporu zostaną znacząco złagodzone poprzez własne odsetki należne od – warunkowo zgłoszonego pod osąd – roszczenia wzajemnego banku.
Podsumowując – jeżeli rozważane unormowanie art. 7 projektu ustawy frankowej stanie się obowiązującym prawem, przyniesie ono wymierne korzyści wyłącznie stronie bankowej, przyczyniając się w najlepszym razie, i to tylko ewentualnie, do zmniejszenia ogólnej liczby spraw frankowych, ale jedynie tych wytaczanych dotąd przez banki, przy jednoczesnym, i pewnym co do wystąpienia, zaostrzeniu sporu w ramach procesu z powództwa konsumenta. Osiągnięcia natomiast skutku w postaci samego zmniejszenia liczby spraw z powództw banków nie można być przy tym pewnym do końca, bo chociaż wybór wariantu „wniosku” w miejsce samodzielnego, odrębnego „pozwu” wydaje się dla banków finansowo lepszy, to wyłącznie od ich decyzji będzie zależało, w jakiej drodze dochodzić własnego roszczenia wynikającego z nieważności umowy kredytu (projekt ustawy frankowej nie wyłącza możliwości wytaczania, jak dotychczas, oddzielnego powództwa przez bank, a sam wniosek z art. 7 pozostawia w pełni fakultatywnym, zależnym wyłącznie od woli pozwanego). I tylko na pierwszy rzut oka wydaje się oczywiste, że banki skwapliwie skorzystają z tej nowej instytucji ustawy frankowej, jako ekonomicznie dla nich pod każdym względem atrakcyjniejszej, bo motywacja banków przy tego rodzaju decyzjach nie zawsze jest zrozumiała, a nawet racjonalna z biznesowego punktu widzenia (przynajmniej jeśli chodzi o interes banku jako osoby prawnej, odrębnej od stojących za nią decydentów-zarządców, którzy decyzje te podejmują).