Ziemski Biznes

Teoria salda a teoria dwóch kondykcji – między Scyllą a Charybdą

Kredyty frankowe 07.08.2025
Udostępnij na Drukuj

Emocje, jakie wywołał ostatni wyrok TSUE w sprawach „frankowych”, i spór pomiędzy prawnikami banków a pełnomocnikami konsumentów-kredytobiorców co do poprawnego odczytania jego rzeczywistej treści, nie słabną i zaczynają przenosić się na sale sądowe (zob. opublikowany na tych łamach artykuł Kolejny ‘przełomowy’ wyrok TSUE w sprawach frankowych z 02.07.2025 r.). W sądach powszechnych (wśród sędziów tych sądów) także bowiem spore zamieszanie na tle tego wyroku, i dający się już nie tylko zauważyć, ale gwałtownie pogłębiający się rozłam na sędziów – konsekwentnych zwolenników teorii dwóch kondykcji oraz jej gorących przeciwników, czyli sędziów wciąż opowiadających się za teorią salda (rzekomo wskazaną teraz, jako prawidłowa, przez sąd wspólnotowy w przywołanym orzeczeniu). Oliwy do ognia postanowił w ostatnich dniach dolać Sąd Najwyższy, wydając 9 lipca 2025 r. postanowienie odmawiające przyjęcia do rozpoznania skargi kasacyjnej, jaką konsument-kredytobiorca wywiódł od niekorzystnego dlań wyroku opartego właśnie na teorii salda. Uzasadnienie tego postanowienia nie pozostawia wątpliwości, że ten konkretny skład orzekający SN wyraźnie stanął po stronie tej ostatniej teorii, odczytując zarazem czerwcowy wyrok TSUE tak samo jak przedstawiciele banków.

Ta dosadna wypowiedź Sądu Najwyższego w sprawie „wyższości” teorii salda nad teorią dwóch kondykcji (przy wykorzystaniu czerwcowego wyroku TSUE) wydaje się wszakże co najmniej z kilku względów wątpliwa.

Po pierwsze – bardzo trudno, jednak i mimo wszystko, dopatrzyć się w orzeczeniu TSUE tego, czego dopatrzył się w nim Sąd Najwyższy (choć – co warto zauważyć – doszło do tego w składzie jednego sędziego i w związku z rozpoznawaniem wniosku o przyjęcie skargi kasacyjnej do rozpoznania), a przy czym upierają się przedstawiciele sektora bankowego. Wyrok dotyczy czego innego, i TSUE ani w nim rozważa, ani tym mniej opowiada się po stronie jednej albo drugiej teorii. TSUE powiedział tylko tyle, że w razie nieważności umowy kredytu i wytoczenia powództwa przez bank o zwrot nienależnego świadczenia, sąd krajowy musi mieć na uwadze – zasądzając ten zwrot – sytuację kredytobiorcy i jego możliwości płatnicze z punktu widzenia dotychczasowych kwot spłat przez niego dokonanych oraz kwoty (z przyznanego „kredytu”) pozostałej do spłaty (szerzej w artykule: „Kolejny ‘przełomowy’ wyrok TSUE w sprawach frankowych” z 02.07.2025 r.). I Sąd Najwyższy nie ma racji, ani nawet punktu zaczepienia, by twierdzić, że „(…) z tego orzeczenia można wyprowadzić wniosek, że teoria salda działa w obie strony”. Z tego orzeczenia nie da się bowiem w ogóle wywieść nawet tego, że TSUE wypowiada się w jakikolwiek sposób o teorii salda.

Po drugie – odejście w komentowanym postanowieniu od ugruntowanej już linii orzeczniczej samego SN (co najmniej od wyroku z 16.02.2021 r.) wymagałoby już nie tylko jakiejkolwiek analizy zagadnień wyznaczających istotę obu teorii, ale analizy szczególnie starannej i pogłębionej, skoro dokonuje się takiej wolty, i jeszcze wykorzystuje do tego dopiero co wydany – a budzący tak duże emocje, docierające także do sądów powszechnych – prejudykat sądu wspólnotowego (a w zasadzie nie ma nawet tej pierwszej analizy, poza zdawkowym przywołaniem „słusznościowych” argumentów sektora bankowego, mających rzekomo świadczyć za teorią salda).

Po trzecie – uszło uwadze Sądu Najwyższego, że teoria salda, tak żywiołowo wzięta w obronę i zrehabilitowana, poza szeregiem wad praktycznych i trudności teoretycznoprawnych (którym SN w swym orzeczeniu nie poświęca nawet słowa), nosi w sobie jeden ciężki występek przeciwko podstawowym zasadom prawa prywatnego. Oznacza ona mianowicie przełamanie „świętej” zasady autonomii woli stron stosunku prywatnoprawnego i prowadzi do – de facto – przymusowego realizowania wierzytelności, jaka przysługuje drugiej stronie stosunku prawnego, wynikającego z nieważności wcześniejszej czynności prawnej zdziałanej z jej udziałem. SN jeszcze to podkręcił, bo wypowiedział się za wierzyciela (będącego profesjonalistą) również co do tego, jak postrzega on własne decyzje biznesowe i elementy własnej strategii prawnej, czym przy okazji usankcjonował również swoim autorytetem „frankową” praktykę banków stojącą na granicy rozdwojenia jaźni (z jednej strony umowa jest ważna, więc powództwo konsumenta powinno zostać oddalone, z drugiej strony, i w równoległym procesie, powinno nastąpić zasądzenie na rzecz banku, bo umowa jest nieważna, lub – co jeszcze lepsze – może być nieważna). Zdaniem bowiem Sądu Najwyższego, „(…) z faktu, że bank stał na stanowisku, iż umowa kredytu jest ważna, nie można wyprowadzić tezy, że w razie nieważności tej umowy i powstania stanu wymagalności roszczenia zwrotnego konsumenta (na skutek wezwania do zapłaty – art. 455 k.c.), bank rezygnuje z postawienia własnej wierzytelności zwrotnej (do wysokości świadczenia zwrotnego konsumenta) w stan wymagalności i godzi się w tym zakresie na powstanie roszczenia odsetkowego konsumenta (argumentum a maiori ad minus)”.

Rzecz w tym, że można co prawda chcieć wielu rzeczy naraz, ale nie można chcieć ich zasadnie. Jeżeli bank, z tzw. uporem godnym lepszej sprawy, trwa na stanowisku o ważności umowy i odmawia dobrowolnego zaspokojenia wierzytelności konsumenta, a zarazem – co jest konsekwencją powyższego – nie dochodzi własnego roszczenia wzajemnego wobec klienta, względnie dochodzi go nieudolnie (bo skoro umowa ma być ważna, to nie można twierdzić, że to roszczenie istnieje, a dochodzić go warunkowo się nie da), to bank ponosi negatywne konsekwencje swojej decyzji (która in fine okazała się błędna), łącznie z tym, że powinien zapłacić konsumentowi odsetki za opóźnienie w razie przegranej w procesie, zaś jego wierzytelność wzajemna nie tylko nie może być uznana za skutecznie postawioną w stan wymagalności, ale nawet mogła w tym czasie ulec przedawnieniu (art. 120 § 1 zd. 2 k.c.). Skądinąd, gdyby przyjąć punkt widzenia SN z komentowanego postanowienia, należałoby również dojść do wniosku, że nigdy nie można by zasądzić jakichkolwiek odsetek za opóźnienie w spełnieniu jakiegokolwiek świadczenia zasądzanego deklaratoryjnym wyrokiem sądu, bowiem cały proces opiera się przecież na tym, że pozwany stoi na stanowisku (co z tego, że ostatecznie mylnym), że dochodzona wierzytelność się nie należy – bo gdyby wiedział, że sąd potwierdzi, że jednak się należy, to by się nie upierał i nie godził na powstanie roszczenia odsetkowego powoda (w retoryce komentowanego postanowienia SN: „(…) z faktu, że bank stał na stanowisku, iż umowa kredytu jest ważna…”, itd., patrz jak wyżej).

Najbardziej jednak zaskakująco wypadają chyba konkluzje SN, według których stosowanie teorii dwóch kondykcji, a nawet inne niż wskazywane przez SN w komentowanym orzeczeniu – a skrajnie korzystne dla banków – rozumienie teorii salda „naruszałoby zasadę proporcjonalności sankcji z Dyrektywy 93/13 w stosunku do przedsiębiorcy za stosowanie abuzywnych postanowień w umowach z udziałem konsumentów, a tym samym i konstytucyjną zasadę sprawiedliwości społecznej (art. 2 konstytucji RP)”).

Tutaj z kolei rzecz nawet nie w tym, że to przecież banki stosowały klauzule abuzywne prowadzące do nieważności umów (a nie konsumenci-kredytobiorcy), ale w tym, że te same banki wciąż obstają przy ważności tych umów, i to nikt inny, ale właśnie one są odpowiedzialne za obstrukcje procesowe w postępowaniach z powództw konsumentów, a jeszcze wcześniej – za tworzenie samych warunków do wytaczania takich powództw przez klientów (odmawiając dobrowolnego spełnienia żądań i upierając się przy ważności umów). W tych okolicznościach twierdzenie przez SN o możliwym zaburzeniu „zasady proporcjonalności”, a nawet „sprawiedliwości społecznej”, i konstatacja o niemożności swoistego karania banków roszczeniem odsetkowym na rzecz konsumenta „(…) tylko dlatego, że bank nie wezwał formalnie konsumenta do zwrotu kapitału, gdyż stał na stanowisku, że umowa kredytowa jest ważna” (wyróżnienie tekstu moje), wydaje się już grubo nadmiarowym – a tym bardziej jeszcze wzbudzającym zdziwienie, bo jurydycznie niczym niedającym się uzasadnić – prezentem dla sektora bankowego.

Można, choć z trudem, zaakceptować daleko idącą, sądową ochronę wierzytelności przysługującej konsumentowi, bo jakoś wypływa to z paternalizmu konsumenckiego, na którym oparta jest dyrektywa, czy szerzej – konsumenckie prawo wspólnotowe. Ale nie da się tego obronić odnośnie do wierzytelności przysługującej przedsiębiorcy, i to z podwójnego powodu: raz dlatego, że to przedsiębiorca właśnie, a po drugie dlatego, że to przedsiębiorca w zderzeniu z konsumentem, przeciwko prawom którego wystąpił i które naruszył, i za co – zgodnie z dyrektywą – powinien ponieść najdalej idące konsekwencje, po to, by w przyszłości nie dwa, nie trzy, a dziesięć razy się zastanowił, czy zamachnąć się na te prawa po raz wtóry (efekt odstraszający realizowany przez dyrektywę).

Wydaje się zatem, że postanowienie SN stanowi regres w dyskusji nad granicami oddziaływania dyrektywy 93/13, oraz – bezzasadnie dopatrując się w czerwcowym wyroku TSUE zakwestionowania teorii dwóch kondykcji – dość niefrasobliwie podważa (bo jeszcze nie przekreśla) cały dorobek orzeczniczy samego SN i sądów powszechnych powstały dla uzasadnienia stosowania tej właśnie koncepcji do rozliczania masowo wadliwych umów frankowych.

Co robić? Pozostaje uzbroić się w cierpliwość i czekać na kolejne judykaty Sądu Najwyższego, które nie tylko będą mierzyły się z najnowszym, a tak bardzo kontrowersyjnym w odbiorze wyrokiem TSUE, ale także z komentowanym postanowieniem SN i konkretnymi elementami jego – summa summarum – błędnego uzasadnienia. Uzasadnienia, które można by wręcz miejscami – tam, gdzie SN wylicza powody, dla których konsumenci nie powinni uzyskiwać korzyści w postaci odsetek – uznać za oderwane od rzeczywistego oblicza sporów „frankowych”, gdyby nie to, że nie sposób przyjmować, by SN nie wiedział, że na tzw. procesach frankowych „zarabiają” nie tylko konsumenci i ich pełnomocnicy, ale równolegle także pełnomocnicy i doradcy najmowani dla ich obsługi przez banki (mimo porażek sądowych na poziomie ok. 98% wszystkich spraw). I tylko Bóg jeden raczy wiedzieć, którzy z nich zarabiają na tym więcej, i którym mocniej zależy na tym, by „saga frankowa” trwała jak najdłużej. Jedno tylko jest w tej sprawie pewne – za wszystko płacą banki: owe „sztuczne osoby prawnicze”, ale za to z całkiem realnym majątkiem. To wszakże wchodzi już w problematykę publicznoprawnego nadzoru nad sektorem bankowym, i do właściwości Izby Cywilnej SN nie należy.

Paweł Kierski
Paweł Kierski
starszy konsultant / radca prawny
Skontaktuj się >>

Sprawdź, co możemy
dla Ciebie zrobić

Obsługujemy biznes.
Precyzyjnie.

Kredyty frankowe Kredyty frankowe